fbpx
3 Grudnia 2019

Krok w przeszłość: Grönefeld One Hertz – z „martwą sekundą” na tarczy

Napisał: Łukasz Adamski

Bracia Grönefeld podeszli do tematu w zupełnie nowy sposób. Całkowicie manufakturowy, ręcznie nakręcany mechanizm G-02 skonstruowano od podstaw. Najważniejszym zadaniem, jakie sobie postawili, było to, aby ich zegarek naręczny korzystał z rozwiązania charakterystycznego dla “kieszonek”.

 

Czy warto opisywać zegarki, których premiera odbyła się kilka lat temu? W ciągu ostatnich lat nastąpił “boom” na zegarkowym rynku – powstało wiele małych firm, narodziły się finansowane metodą crowdfundingu micro- brandy, zupełnie zmieniły się kanały i forma reklamy, nawet najbardziej prestiżowych marek, a wyścig o tytuł najbardziej skomplikowanego czasomierza trwa nadal. Dla mnie drastyczna przemiana rynku nie skreśla konstrukcji zaprezentowanych np.10 lat temu. Zaryzykuję stwierdzeniem, że tym bardziej warto patrzeć w przeszłość, by odnaleźć w niej “skarby”.

 

Krok w przeszłość: Grönefeld One Hertz – z „martwą sekundą” na tarczy 

 

Na pewno takim “skarbem” jest zegarek o stonowanej stylistyce, niepodążający za trendami. W tym konkretnym znaleźć można niecodzienny na pierwszy rzut oka, jak na zegarek mechaniczny, sposób poruszania się sekundnika. Na dodatek, żeby sprawa była jeszcze bardziej skomplikowana, powstaje on tylko częściowo w Szwajcarii. Jego wykończenie i finalny montaż odbywa się w Oldenzaal w Holandii, blisko granicy z Niemcami. To bardzo daleko od kraju Helwetów, z którego pochodzą najbardziej szanowane marki – trasa drogowa do Zurychu ma około 750 kilometrów. Dodam jeszcze, że wyrób ten tworzą bracia.

Zdarzyło się, że Bartholomeus Albertus Johannes “Bart” Grönefeld i Tim Lambertus Joseph Grönefeld wybrali tę samą życiową karierę. Jednocześnie, są trzecim pokoleniem zegarmistrzów ze swojej rodziny. Urodzony w 1896 r. Gerhard Louis Grönefeld, po naukach odbytych u wuja, założył swój warsztat połączony ze sklepem. Do jego obowiązków należało także doglądanie zegara miejskiej bazyliki – sanktuarium, które zostało wzniesione jeszcze w XIII wieku.

 

Krok w przeszłość: Grönefeld One Hertz – z „martwą sekundą” na tarczy 

Jego syn – Johannes “Sjef” Grönefeld – urodził się w 1941 roku. Poza umiejętnościami z zakresu konstruowania i konserwowania zegarów interesował się jubilerstwem i szkolił w nim. Gdy Gerhard Louis zmarł w 1974 r., Johannes “Sjef” przejął obowiązki związane z utrzymaniem kościelnego zegara. Pracował w tym samym warsztacie co ojciec, a jego dwaj synowie spędzali tam wiele czasu na zabawach. Towarzyszył im odgłos tuzinów zegarów o wychwytach kołkowych. Starszy z braci – Bart – ukończył szkołę techniczną w okolicy domu rodzinnego, później kształcił się w Rotterdamie. Była to uczelnia dla techników zegarmistrzostwa. Kolejnym etapem jego edukacji i treningu była szkoła Wostep w Neuchatel, w Szwajcarii. Po jej opuszczeniu rozpoczął pracę w Asprey – brytyjskiej marce znanej z tworzenia wspaniałej biżuterii. Jednak dość szybko wrócił do Wostep, aby poszerzać swoją wiedzę o komplikacjach.

Drugi z rodzeństwa uczęszczał do tej samej szkoły technicznej. Następną placówką, której został absolwentem, była szkoła kształcenia zawodowego w miejscowości Schoonhoven. W następnych latach wyruszył do Szwajcarii, by pogłębiać swoją wiedzę i doskonalić jej stronę praktyczną. W stosunkowo niedługim czasie stał się odpowiedzialny za kształcenie młodych zegarmistrzów. Wyróżniające go zdolności zegarmistrzowskie przyczyniły się do tego, że został zatrudniony do komplementacji tourbillonów oraz kontroli jakości zaawansowanych werków. Po latach obaj wrócili do rodzinnej miejscowości i warsztatu dziadka. W tym samym miejscu, w którym pracowali ich przodkowie, bracia starają się tworzyć “najlepsze zegarki na świecie”, co deklarują w materiałach reklamowych.Czy faktycznie wyroby marki Grönefeld są najlepsze na świecie? Trudno o tym rozstrzygać.

 

Krok w przeszłość: Grönefeld One Hertz – z „martwą sekundą” na tarczy 

 

Gwoździem programu zapowiedzianym we wstępie jest model 1896 ONE HERTZ. Jest to model, który został po raz pierwszy zaprezentowany w 2010 roku. Pierwszym jego wcieleniem była wykonana ze stali szlachetnej edycja limitowana, składająca się z 12 egzemplarzy. Od tego czasu powstało kilka innych wariantów, lecz ja skupię się na aktualnie oferowanym. Ten klasyczny zegarek prezentuje często spotykany zestaw wskazań – z tarczy można odczytać godziny, minuty, sekundy oraz stan naciągu sprężyny w bębnie. Jest jeszcze wskazówka informująca czy koronka pracuje obecnie w trybie nakręcania sprężyny – “W” (od ang.: winding) czy regulowania wskazań – “S” (od ang.: setting). Nie są to funkcje niespotykane, podobny zestaw można znaleźć, chociażby w zegarkach Ulysse Nardin lub HYT, jednak diabeł tkwi w szczegółach. Tym szczegółem jest sekundnik.

Tarcza ma dużą średnicę i została zagospodarowana w sposób przykuwający wzrok. Jej powierzchnia jest niemal biała, a skale, ponad którymi poruszają się niebieskie wskazówki, są srebrne. W górnej części, po lewej stronie umieszczono prezentację rezerwy naciągu. Bardziej po prawej, odczytać można aktualną godzinę i minuty. Jeszcze bliżej prawej krawędzi, w pobliżu indeksu godziny 3, znajduje się informacja o wybranej funkcji koronki. Oś wskazówki sekundowej znajduje się poniżej linii tworzonej przez indeksy 9–3 oraz odrobinę w lewo od linii 12–6. Sama wskazówka sekundowa jest zdecydowanie większa od pozostałych. Połączoną z nią skalę przykręcono do białej powierzchni czterema śrubkami w taki sposób, iż zdaje się lewitować nad pozostałymi prezentowanymi informacjami. Efektem tych zabiegów jest to, że skaczący sekundnik zajmuje najważniejsze miejsce tej kompozycji. Mnie dodatkowo podoba się fakt, że mechanizm nie został zaprojektowany ze wskazaniami umieszczonymi symetrycznie (np. przy godzinach 2, 4, 8 i 10).

Zgodnie z deklaracją producenta – model 1896 ONE HERTZ – to pierwszy i aktualnie jedyny oferowany w stałej sprzedaży wyrób, zawierający w sobie komplikację niezależnej, martwej sekundy. Ja nie umiem podważyć tego twierdzenia – mimo usilnych prób nie znalazłem konkurencyjnego modelu z takim rozwiązaniem. Martwa sekunda (z franc.: secondes mortes), nazywana też czasem skaczącą sekundą, sprawia, że wskazówka sekundowa porusza się skokowo. Przeskakuje co jeden punkt na skali, zamiast „płynąć” ruchem ciągłym. Mówiąc najprościej – sekundnik zegarka z takim rozwiązaniem przeskakuje jak w zegarku na baterię. Początki tego rozwiązania sięgają XVII wieku, gdy mechanizmy zegarów zostały wzbogacone o wahadła. Dzięki temu możliwy stał się coraz precyzyjniejszy pomiar czasu. Dość szybko przedstawiono pierwsze konstrukcje prezentujące upływ sekund. Były to zegary z werkami, których wahadło pokonywało drogę ze skrajnego położenia z jednej strony, do maksimum po drugiej i z powrotem w ciągu 2 sekund. To pozwoliło prezentować pojedyncze sekundy za pomocą skaczącej wskazówki.

 

Krok w przeszłość: Grönefeld One Hertz – z „martwą sekundą” na tarczy

 

Ówcześni konstruktorzy pracowali dalej, co z czasem zaowocowało zastąpieniem wahadła przez koło balansowe i sprężynę. Przyniosło to dwa istotne skutki. Po pierwsze, poprawiono dokładność odmierzania czasu, a po drugie mechanizmy stawały się coraz mniejsze. Naturalnym było odwzorowanie

“skokowego” ruchu wskazówki sekundowej, znanego z wcześniejszych konstrukcji. W przeszłości doceniano zegarki pracujące w ten sposób, ponieważ kojarzyły się z dokładnymi zegarami pozwalającymi precyzyjnie ustawiać i odczytywać czas. Jednak koło balansowe poruszające się wielokrotnie szybciej niż wahadło nastręczało problemu – martwa sekunda nie mogła być napędzana bezpośrednio z balansu, lecz wymagała niezależnego mechanizmu. Takie rozwiązanie stało się popularne w zegarkach kieszonkowych, ponieważ ich rozmiary pozwalały na zastosowanie większego kalibru. Komplikacja ta pojawiała się też w zegarkach naręcznych, jednak rozwiązywana była zupełnie inaczej – bez użycia dodatkowej przekładni. Zasilanie skaczącej sekundy z przekładni chodu powodowało większe zużycie energii i elementów konstrukcji mechanizmu.

 

Krok w przeszłość: Grönefeld One Hertz – z „martwą sekundą” na tarczy 

 

Z czasem, głównie w lata siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku, producenci odeszli od tej funkcji. Dzięki temu płynny ruch sekundnika już na pierwszy rzut oka wyróżnia ich wyroby od masowo produkowanych zegarków kwarcowych. W ciągu ostatnich lat pojawiło się jednak kilka ciekawych zegarków mechanicznych ze skaczącymi sekundnikami – były to między innymi produkty Chronoswiss, Jaquet Droz i Roger Dubuis. Bracia Grönefeld podeszli do tematu w zupełnie nowy sposób. Całkowicie manufakturowy, ręcznie nakręcany mechanizm G-02 skonstruowano od podstaw. Najważniejszym zadaniem, jakie sobie postawili, było to, aby ich zegarek naręczny korzystał z rozwiązania charakterystycznego dla “kieszonek”. Ręcznie nakręcany kaliber otrzymał mosty wykonane ze stali szlachetnej i ręcznie zdobione. Ich krawędzie zostały sfazowane, a wewnętrzne przestrzenie wypiaskowane. Wykonana z mosiądzu wysokoniklowego płyta główna, poddana została perłowaniu. Każdy z 39 kamieni łożyskujących obsadzono w złotym szatonie. Dzięki wykorzystaniu klasycznych technik zdobienia, oglądany przez przejrzysty dekiel werk wygląda nowocześnie, a jednocześnie elegancko. Składa się z 285 części. Jego średnica to 15 ¼ linii, czyli 34 milimetry. Całkowita wysokość ma 9,5 milimetra. Częstotliwość pracy kalibru wynosi 3 Hz. To znaczy, że jego koło balansowe wykonuje trzy ruchy w tę i z powrotem w ciągu jednej sekundy. Owocuje to dokładnością pomiaru do około ⅙ sekundy. Nie jest to wartość zbyt precyzyjna – w końcu w życiu codziennym stosujemy podział sekund na dziesięć części (o ile w ogóle go stosujemy). Koronka nie jest odciągana, wyposażono ją w przycisk pozwalający wybrać jaką operację chcemy wykonać.

 

By wskazówka skakała co sekundę, mechanizm musi pracować z częstotliwością 1 Hz. Holenderscy zegarmistrzowie osiągnęli to w bardzo prosty sposób. Energię do pracy dostarczają dwa bębny sprężyny – pierwszy odpowiada za “napędzanie” wskazówek minutowej i godzinowej, drugi wyłącznie za zasilenie powiększonego, niecentralnego sekundnika. Oba bębny nakręcanesą jednocześnie i z równą prędkością. Mogą zmagazynować energię potrzebną na trzy dni pracy. Jak napisałem wcześniej – godziny i minuty odmierzane są z częstotliwością 3 Hz. Bart i Tim zastosowali oddzielną przekładnię dla sekundnika, której czwarte koło ma 30 zębów. To mniej niż połowa zębów na analogicznym kole w mechanizmie o częstotliwości 2,5 Hz. Oryginalnym rozwiązaniem panów Grönefeld jest także specjalne koło wychwytowe czwartego koła – ma dwie dźwignie z czterema kamieniami na paletach. Bezpośrednio z nim połączona jest wskazówka sekundowa.

 

Krok w przeszłość: Grönefeld One Hertz – z „martwą sekundą” na tarczy 

Dzięki takiemu podejściu do zagadnienia udało się zwiększyć żywotność mechanizmu i zapobiec niedokładnej i niewydajnej pracy. Producenci deklarują, że komplikacja martwej sekundy nie wpływa na obniżenie dokładności chodu. Wyjątkowy mechanizm i gustowny sposób ukazania jego wskazań wymagają odpowiedniej oprawy. Tę zapewnia koperta wykonana ze złota próby 750 w kolorze czerwonym. Na obudowę składa się 68 części. Wierzchnie i spodnie szkła są szafirowe, z tą różnicą, że pierwsze jest delikatnie wypukłe, a drugie płaskie. Oba otrzymały powłokę antyrefleksyjną. Dekiel przykręcany jest za pomocą ośmiu śrubek. Średnica obudowy to 43 milimetry, a jej wysokość 12,5 mm.

Wodoszczelność jest podstawowa – określono ją na 30 metrów. Na nadgarstku utrzymuje ją ręcznie szyty pasek z brązowej skóry aligatora. Zapina się go złotą sprzączką z wygrawerowanym logo. Cały wyrób, gotowy do założenia waży około 141 gramów. Braciom Grönefeld na pewno udało się zaprojektować i skonstruować pierwszy na świecie zegarek naręczny z komplikacją
martwej, niezależnej sekundy i wskazaniem rezerwy naciągu oraz aktualnie wybranej funkcji koronki. To spore osiągnięcie w branży. Co więcej, ich wyrób jest faktycznie najlepszy na świecie, bo jak do tej pory to jedyny model, z takim zestawem funkcji. Coś musi być jednak na rzeczy, ponieważ jury Grand Prix d’Horlogerie de Geneve w przeszłości wyróżniło inne modele
braci – 1941 Remontoire w kategorii zegarka męskiego i Parallax Tourbillon w konkursie zegarków z modułem obiegowym wychwytu. Skoro gremium znawców branży i zegarmistrzów z podziwem wskazuje na wyroby z Oldenzaal, to warto pilnie śledzić następne zegarki tam projektowane. Być może któryś rzeczywiście stanie się powszechnie uznawanym za najlepszy ze wszystkich zegarków świata.

Łukasz Adamski

Łukasz Adamski

W ogólniaku moi kumple rysowali na marginesach zeszytów miecze, siekiery i nieudolne imitacje logo zespołów metalowych. Też je rysowałem, a obok nich dziesiątki okręgów. Niektóre stawały się pieczęciami królewskimi, inne udawały felgi samochodów, a jeszcze inne zegary i budziki. Królem nie zostałem, samochodem owszem jeżdżę, jednak zegarki stały się moim hobby.

ins Instagram


Nazwy własne firm, produktów, instytucji, a także ich znaki towarowe są własnością tychże firm, podobnie jak materiały graficzne i filmowe wykorzystane w serwisie Timeandwatches.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone © 2016 - 2021

Wykonanie: http://mizzo.pl